zieleniec narty
Dziwny wypad na narty do Zieleńca

Kiedy byłam w średniej szkole, wyjechałam na obóz narciarski. Nie było mnie może z tydzień. Na pewno nie było to więcej czasu, bo przecież nie postradałam zmysłów. Dokładnie pamiętam, że kiedy wyjeżdżałam to był dziesiąty stycznia. Jechałam wraz z kilkoma znajomymi.

Narty w Zieleńcu – warto było?

zieleniec nartyKonieczna była narciarska, bo nie do końca umieliśmy jeździć. W każdym razie wreszcie wyjechaliśmy. Na miejscu były narty i jeszcze raz narty. w Zieleńcu. Tam była przesympatyczna właścicielka. Taka starsza pani, która dawała nam do jedzenia własnoręcznie zrobione konfitury. Nie było tam dużo ludzi, co nas trochę dziwiło, ale nie przejmowaliśmy się. Przecież nie każde miejsce na zieleniec narty musi cieszyć się takim powodzeniem jak jakaś Czarna Góra. To był jeden z tańszych ośrodków, więc w sumie było to dziwne, że nie ma ludzi, ale kto by się tym przejmował? Nam się tam podobało. Było kameralnie i cudownie. Pani o nas dbała, robiła nam posiłki, a wieczorem siedzieliśmy, pijąc grzańca i grając w karty. Prawdziwe zdziwienie było jednak po powrocie, kiedy stwierdziliśmy, że chyba pomyliliśmy miasta. Okazało się, że jest rok dwa tysiące czterdziesty. Moi rodzice byli już staruszkami i nie poznawali mnie. Mieszkali w tym samym domu, który wyglądał jak ruina.

Podobne rewelacje słyszałam od przyjaciół. Myśleliśmy, że dostaliśmy obłędu. Pojechałam do mojego chłopaka, który nie był ze mną na nartach, bo akurat złamał nogę, a on okazał się facetem w kwiecie wieku, mieszkającym w domu swoich rodziców z własną już rodziną. Coś tu było nie tak. Byłam już prawdziwie spanikowana, kiedy okazało się, że to był tylko zły sen.